Kategorie

Dni takie jak wczoraj mi nie pomagają

Wczoraj minęło dwanaście lat jak ślubowałam wierność i miłość do końca życia. Nic z tego nie wyszło. Dzisiaj wiem, że dobrze się stało. Z perspektywy czasu mogę ocenić, że tak naprawdę nie pasowaliśmy do siebie. W zasadzie więcej nas dzieliło niż łączyło. Odejście mojego męża ode mnie odebrałam jako koniec świata. Nie wiedziałam jak żyć, nie wiedziałam, czy bez niego będę wstanie funkcjonować. Nie chciałam żyć. Lekko nie było. Dałam radę. Dlaczego o tym piszę? Mamy razem wspaniałe dzieci. Chcąc nie chcąc zawsze będzie częścią mojego życia. Kawałkiem mojej historii. Ta wczorajsza rocznica skłoniła mnie do pewnej refleksji. Pamiętam czasy, kiedy mój były mąż mówił bardzo czule, że mnie kocha, że zawsze będzie ze mną, że nigdy mnie nie zostawi. A jednak to zrobił. Teraz obydwoje jesteśmy w nowych związkach. Jak się jemu układa? Nie wiem, ale mam nadzieję, że dobrze, że jest szczęśliwy.

Do czego zmierzam. Mam wspaniałego faceta przy sobie. Jest mi z nim naprawdę dobrze, mimo że przechodzimy razem przez trudną sytuację. Pada wiele słów, jeszcze więcej obietnic, deklaracji. Jak mam uwierzyć, że mówi to wszystko szczerze? Że za parę lat nie zrobi dokładnie tego samego co mój mąż i jeszcze ktoś inny, kto pojawił się po drodze? Mam ogromny z tym problem. Wiem, co do niego czuję, a mimo wszystko nie potrafię uwierzyć w to wszystko, co do mnie mówi. Czy w takiej sytuacji mamy szansę na naprawdę udany związek? Chciałabym wierzyć, że tak. Na dzień dzisiejszy nie potrafię. Boję się, że przez moją przeszłość, przez moje niedowierzanie zepsuję związek z fajnym człowiekiem. Wiem, że nie powinnam w ten sposób myśleć, czasem to jednak silniejsze od mnie. A dni takie jak wczoraj, wcale mi w tym nie pomagają.  

Mój kochany braciszek był kompletnie naćpany!

Kolejny dzień za mną, tak wiele przede mną. Nawet nie wiem jak opisać to wszystko, co we mnie siedzi. Czuję się bardzo przytłoczona nadmiarem informacji, wszystkich problemów. Mój organizm juz się sam broni przed negatywnymi skutkami stresu bo załączyła mi się tzw. „głupawka”. Wszystko obracam w żart. I chyba jest to najlepsze podejście.

Zastanawiam się, kiedy „wróci” mój dawny P. Wiem, że potrzebuje czasu, ale momentami mam ochotę strzelić mu w twarz, bo nie mogę patrzeć na jego minę „zbolałego” zwierzaka. Na szczęście jednak, są małe zmiany. Podchwytuje ironię, żart, uśmiecha się również. Wczoraj myślałam, że mnie „zje”. Wróciłam z zebrania, P.już był w domu, z dzieciakami, odrabiał z nimi lekcje. Czekaliśmy na mojego tatę z bratem, którzy mieli przywieźć jedną z moich pralek a zabrać tę niedziałającą. Czekaliśmy. Przyjechali. Gdyby nie obecność mojego ojca, podejrzewam, że mój brat dostał by dość mocno od P. w twarz. Ode mnie zresztą też. Mając na uwadze, że ojciec jest po kilku zawałach, oszczędzić chcieliśmy mu nerwów, choć pewnie sam zauważył co się dzieje. P. był wkurzony, że muszę z nim tachać taki ciężar, że nie dałam mu tej sprawy załatwić tak jak on chciał…. A i tak mnie kocha.
Mój kochany braciszek był kompletnie naćpany. Nie kontaktował. Nie wiedział gdzie jest, co się z nim dzieje. Mówił od rzeczy. Na moje pytanie czy jest pijany odpowiedział, że nie. Zadałam kolejne, czy jest naćpany, odpowiedział, że nie. Zapytałam, co brał, stwierdził, że wypił jedno piwo. Tylko, że ludzie nie zachowują się tak po jednym piwie! Myślałam, że go roszarpię. Skończyło się tak, że musiałam sama z P. tachać ciężką okropnie pralkę na czwarte piętro, bo w takim stanie nie można było na niego liczyć. Myślałam, że padnę. W życiu nie niosłam czegoś tak ciężkiego. Bałam się, że pójdzie mi kręgosłup, na szczęście, dziaj nie jest źle. Mogę chodzić. I tak to z moim bratem bywa, nie można na niego liczyć, bo albo jest pijany, albo pod wpływem dragów.
Nie wiem, jak mam z nim rozmawiać. Nic do niego nie dociera. Wypiera się wszystkiego. Żal mi moich rodziców, bo on cały czas mieszka z nimi. Tyle przeszli przez niego. Potrafił znikać na kilka dni, nie dając znaku życie, wdawał się w awantury, które kończyły się poważnymi urazami dla niego, tracił pracę przez alkohol. W końcu wylądował w więzieniu, za prowadzenie pojazdu pod wpływem alkoholu. Spędził tam rok. Niestety pobyt tam niczego go nie nauczył. Ja jestem tylko wdzięczna losowi, że nikt przez niego życia nie stracił. I oby tak zostało.

Wychowani zostaliśmy przez tych samych rodziców, wpajane nam były te same wartości. Rodzice nigdy nie nadużywali alkoholu, zapewniali nam wszystko w granicach rozsądku. Dlaczego on się stacza? Bo żona go zdradziła i odeszła do innego? Ja też mam rozwód za sobą, mąż zostawił mnie z trójką dzieci, straciłam wszystko. Ale to wszystko nie spowodowało, że zaczęłam więcej pić albo tracić kontrolę nad sobą. Minęło tyle lat już od jego rozwodu a on nie potrafi się ogarnąć. Ma wspaniałą dziewczynę, powinien myśleć o życiu już na poważnie. Mam wrażenie, że jest mu tak wygodnie. Mieszka u rodziców, w Hotelu Mama, żadnych obowiązków. Jak można tak żyć? Jak można chcieć tak żyć?
Rozmawiałam z mamą wczoraj jeszcze długo. Powiedziała mi, że kilka razy podejrzewała go o zażywanie narkowtyków. Za każdym razem wykręcał się mówiąc, że wypił po pracy tylko jedno piwo. Trudny temat. Nie wiem, jak go rozwiązać. Bo on sam musi chcieć nie brać, nie pić. Bez jego woli nic nie zrobimy. Rozmawiać się z nim też nie da, bo zaraz robi się agresywny, albo wychodzi z domu. Boję się, że to się źle może skończyć. dziewczyna go zostawi, straci pracę i będzie żył na utrzymaniu rodziców dopóki Ci będą żyli. A rodzice nie będą mieli dośc siły by wyrzucić go z domu, by zrozumiał, że życie polega na czymś innym.

Oddałam dzisiaj krew. Pani doktor powiedziała, że moje wyniki są książkowe. Śniadanko zjadłam. Kawkę wypiłam, wodę również. Nawet nie było tak źle. Najgorsze jest tylko wkłucie igły w żyłę. Na szczęście nie trzeba na to patrzeć. Ubolewam jedynie, że nie ma w rejestrze moich dotychczasowych wpisów, bo rejestr kompyterowy wprowadzony został dokładnie rok później. Ale co tam. Ważne, że byłam. Jak nic nie będzie stać na przeszkodzie to jeszcze kilka razy oddam.
Choć przyznam, że tak do końca nie czuję się dobrze. Po oddaniu posiedziałam jeszcze chwilę na ławeczce, by od razu nie wsiadać na rower. Mieszkam 10 minut pieszo od Centrum Krwiodawstwa, więc nie chciało mi się jechac autem. Po drodze kupiłam wodę, tylko dwie butelki, bo dźwigać jedną ręką nie mogę. Miałam ogromny problem by wdrapać się na czwrte piętro z tymi butelkami. W domu szybka kawa, kanapka, coś słodkiego, woda i jest w miarę ok. Nawet papierosa nie zapaliłam jeszcze. Obawiam się tylko czy czasem sobie nie zaszkodzę. Muszę dzisiaj pojechać rowerem do rodziców i wrócić z dziećmi od nich. To oznacza, że mam do wniesienia cztery rowery na samą górę. Dzwigac jedną ręką nie mogę. Z drugiej strony niezły wysiłek mnie czeka. P. dzisiaj nie przyjdzie, poradziłam mu, by został przy mamie dzisiaj wieczorem. Mam nadzieję, że nie padnę…Na szczęście dzieciaczki mają przećwiczoną pierwszą pomoc, więc w razie „awarii” pomogą mamie…..

Najchętniej umówiłabym się z nim na piwo i podziękowała mu za to, że nie jest już moim mężem

Jak by wszystkiego było mało, pralka się dzisiaj też zbuntowała. Zaczęła wydawać z siebie dziwne odgłosy, odmówiła wirowania, zaczęła przeciekać. Nieźle się namęczyłam z praniem, które trzeba było wyciągnąć, ręcznie wykręcić z nadmiaru wody, powiesić na balkonie tak, by resztki wody nie ściekały sąsiadce na balkon…. oczywiście wszystko nadaje się jeszcze raz do prania. Różniej musiałam wylać wodę z pralki, pościerać wodę, która się wylała…. Nie wiedziałam, czy mam płakać, czy się śmiać. Opadły mi ręce.
Na szczęście mam poprzednią pralkę i rodziców w garażu, nie muszę kupować nowej. Zresztą, nawet mnie na taki zakup dzisiaj nie stać. Pozostała tylko kwestia logistyczna, żeby odebrać ja od moich rodziców, znieść starą i wnieść sprawną.

Napisałam do P., że potrzebuję pomocy. Odpisał, że dobrze, czy ma wziąć busa od kolegi. Odpisałam mu, że w zasadzie nie trzeba, bo jak opuścimy siedzenie z tyłu, to spokojnie przewieziemy. Zadzwonił. Zaatakował mnie, czy ja sobie wyobrażam, że on sam zniesie pralkę. Naturalnie nie zdążyłam mu odpowiedzieć, że wieczorem będzie mój brat i nam pomoże. Zaskoczył mnie jego ton. Zwróciłam mu uwagę. Chyba sam nie zorientował się, że na mnie „zaatakował”. Przeprosił. Powiedział, że nie mam mu brać tego za złe. Zaczynam się martwić jeszcze bardziej. Czy teraz tak będzie? Czy ze spokojnego faceta zamieni się w jakiegoś furiata??? Aż się boję pytać jak odnosi się do swoich pracowników w pracy, zwłaszcza, że walczą z awarią jednej z maszyn…. Z drugiej strony, wiem, że czasem sama odreagowuję swoja frustrację na innych, staram się tego unikać, ale czasem się nie da, więc mu się nie dziwię.

Wracając do wczorajszego dnia, powiedziałam dzieciom o chorobie mamy P., oraz o problemach z budową. Widziały, że coś się dzieje, jednak nie wiedziały co. Zasugerowałam, żeby nie rozmawiały z P. na ten temat, chyba, że sam zacznie. Jeśli będą miały jakieś pytania mają rozmawiać ze mną. Na razie tak będzie lepiej. P. rozmawia ze mną tylko na ten temat, w oczach ma łzy. Chyba obawia się tego, że może rozkleić się przy dzieciach. Dzieciaki przyjęły to bardzo spokojnie, młody stwierdził, że też by było mu przykro, gdyby dowiedział się o chorobie mamy, bo przecież jestem jego całym światem i muszę żyć tak długo jak on. Aż się wzruszyłam. A dziewczyny, zrobiły to, co potrafią najlepiej, przytuliły się do P., powiedziały, że bardzo go lubią i wręczyły mu piękne laurki malowane farbami dla jego mamy. Jestem dumna z siebie, bo w takich chwilach jak takie, wiem, że dobrze wychowuję moje dzieci. Wiem, że będą z nich dobrzy ludzie. A drobne problemy wychowawcze zdarzają się w każdej rodzinie.
Ostatnio próbowałam się skontaktować z moim byłym mężem.

Chcę wyrobić dzieciom paszporty. Palnujemy wakacje za granicą. Nie te najbliższe, tylko te w przyszłym roku. Potrzebna jest mi jego zgoda. Jak przypuszczałam, nie odpisał na sms, nie odebrał telefonu. No nic. Zostaje mi tylko zwrócić się do sądu o zgodę na wyrobienie paszportów. Trochę to potrwa, nie spieszy się nam jednak. 

To mi przypomniało, że niebawem mija rocznica naszego ślubu. Wracają wspomnienia z przeszłości, o której nie chcę już pamiętać. Wraca żal, ból. Wzmaga mój niepokój. Wszystkiego wymazać się z pamięci nie da. Są dzieci, które ciągle mi przypominają, kto jest ich ojcem. Najchętniej umówiłabym się z nim na piwo i podziękowała mu za to, że nie jest już moim mężem.

Jak już przetrwamy burzę, zastanowimy się co dalej

Ciężko mi się rozmawia z moim P. Na szczęście udało nam się to wczoraj. Wyglądał okropnie. Jak człowiek, który się poddał, który nie wierzy, że dobre rzeczy mogą się jeszcze przytrafić.

Starałam się, tłumaczyłam, że nie może się poddawać, że musi iść do przodu, stworzyć plan, wizję jak ma wyglądać jego przyszłość. Powtarzałam, że rozumiem jego sytuację, że wiem, że nie jest mu łatwo, ale ma pamiętać o tym, że ja jestem, że będę go wspierać. Sam jednak musi z siebie też coś dać. Jeśli mam być oparciem dla niego muszę czerpać też skądś siły. Muszę ją czerpać od niego, z wiary, że będzie dobrze, że nam się ułoży, że ta cała sytuacja nas tylko umocni. Miałam wrażenie, że rozmawiam ze ścianą. Nie wytrzymałam, nakrzyczałam na niego. Wyrzuciłam z siebie, że musi wziąć się w garść ( zdanie którego ja osobiście nienawidzę, działa na mnie jak płachta na byka), że postawa zbitego psa w niczym mu nie pomoże. Ani jemu, ani jego mamie, ani mnie. Wykrzyczałam mu, że jego problemy są też moimi problemami, czy tego chce, czy nie, że siedzimy w tym razem. Mówiłam, że musi nauczyć patrzeć pozytywnie na wszystko. Znaleźć pozytywny aspekt najgorszej rzeczy, która mu się przydarza, odganiać złe myśli, wmawiając sobie, że nie chce ich mieć w sobie, że powinien każdego dnia przed lustrem patrzeć sobie w twarz i wmawiać, że wszystko będzie dobrze, że powinien w głowie stworzyć sobie wizję jego świata, taki jaki powinien być, i myśleć o tym, że tak będzie. Na końcu kazałam mu ubrać sportowy strój i kazałam mu iść wybiegać całą złość.

Wrócił po prawie 2 godzinach. Od razu zauważyłam, że to było to, co mu było potrzebne. To jeszcze nie jest mój P…. Ale w porównaniu przed biegiem….nastąpiła poprawa. Podczas kolacji rozmawialiśmy jeszcze długo. Dzieciaki już spały, nikt nam nie przeszkadzał, mieliśmy czas dla siebie.
Powiedział, że sprawy medyczne zostawia lekarzom, że będzie się starał patrzeć pozytywnie na wszystko, że jest mu trudno w tej chwili, ale będzie się starała nie dopuszczać czarnych myśli, do siebie.

Odnośnie budowy, musi poczekać na opinię biegłego. Jeśli okaże się, że nie jest tak źle, że będzie można usterki poprawić szybko, to w wakacje przeprowadzamy się wszyscy do niego. Jeśli budowa okaże się wielką katastrofą, wynajmiemy coś razem, a on będzie w tym czasie walczyć w sądzie z deweloperem. To najgorszy scenariusz, którego nie chce brać pod uwagę. jednak cieszę się, że stworzył jakiś plan, na wypadek, gdyby jednak się zrealizował.

Co do jego mamy. Powiedział, że zostaje w mieszkaniu, w którym on teraz mieszka. Nie tak planował, ale może tam zostać. Jeśli stan mamy pogorszy się, albo się do niej przeprowadzi na ten czas, albo opracujemy plan, w którym na zmianę, wspólnie z jej przyjaciółkami będziemy mogli jej pomagać czy przy niej być. Liczy także na pomoc siostry. Ma jeszcze mnie. Wierzę, że przy dobrej organizacji, możemy dużo zrobić, dużo zadziałać.

Odnośnie jego zdrowia, poczeka do wizyty u lekarza specjalisty. Musiałam z niego wyciągać, co dokładnie powiedział mu lekarz. Czy jest całkowicie bezpłodny, czy ma problem z płodnością, czy jego plemniki są wszystkie nieżywe. Okazało się, że ma bardzo mały procent żywych plemników. Do badania nie możemy współżyć ze sobą, by wyniki były bardziej wiarygodne. Powiedziałam mu, że w takiej sytuacji jest możliwość zapłodnienia drogą in vitro…. co zwiększa szansę na ciążę bliźniaczą. Zobaczyłam błysk w jego oczach. Póki co, ta decyzja o dziecku jest na ostatnim miejscu w planie. Jak już przetrwamy burzę, zastanowimy się co dalej.

Jutro idę oddać krew. Po latach przerwy, mam zamiar znowu regularnie oddawać krew. Najgorsze jest to, że gdzieś zgubiłam książeczkę, nie wiem, czy gdzieś jest rejestr, by nanieść wszystko na nową. Zresztą jest to najmniej istotne. Mam nadzieję, że przejdę pozytywnie weryfikację i nic nie stanie na przeszkodzie by krwią podzielić się z innymi. Muszę wlać w siebie sporą ilość wody, by nie było jutro żadnego problemu z pobraniem. Dzieciaki moje na pewno ucieszą się z czekolady….

Najgorsza jest niewiedza i ten strach o jutro

P. załamał się po tym, jak się dowiedział, że nigdy nie będzie mógł mieć własnych dzieci, że jest bezpłodny. Próbuję się postawić w jego wskórze. Mając własne dzieci przychodzi mi to cholernie trudno. Powiedziałam mu, że jest mi strasznie przykro z tego powodu, ale ta wiadomoścć absolutnie nie wpłynie na stan moich uczuć wobec niego, że jego męskość w moich oczach z z tego powodu nie zmalała i na pewno nie to będzie powodem naszego rozstania – bo niestety cały czas mam wrażenie, że możemy nie wyjsc z tego kryzysu cało. Nie chcę tego, będę walczyć. Jednak nie wszystko zależy ode mnie, nie wszystko jest w moich rękach.

Może to głupie, ale pierwsze co mi przyszło na myśl, jak się o tym dowiedziałam, że nie muszę się już truć tabletkami, że możemy uprawiać bezpieczny seks. Oczywiścnie nie powiedziałam mu tego. Gdzieś tam, głęboko we mnie, było pragnienie kolejnego dziecka. Ale przecież nie przestanę go kochać tylko z tego powodu, że nie może mieć dzieci. Jeśli tylko będzie chiał, może być wspaniałym „zastępczym” tatą dla moich pociech, zwłaszcza, że dobrze się rozumieją. Poza tym zawsze można rozaważyć adopcję. Oczywiście nie na już, nie na churra… Rozważyć, jak wszystko się ułoży. Powiedziałam mu wczoraj, że nic nie dzieje się bez przyczyny. Może właśnie dzięki temu komuś podarujemy szansę na normalny dom. Zapytał się czy bym tego chciała. Odkąd pamiętam, zawsze tego chciałam…

Jest to trudna decyzja, zwłaszcza, że troje dzieci już jest. Sytuacja mieszkaniowa na dzień dzisiejszy za wesoła nie jest. Wiele w naszym życiu należałoby zmienić. Wiem, że można. Wszystko jest możliwe. Niemniej jednak jest to temat bardzo odległy. Póki co , mamy inne zmartwienia, którymi musimy się zająć. Może jednak kiedyś do niego wrócimy….

Wracając do P., nie mam kompletnie pojęcia jak go wyciągnąć z tego dołka. Liczę gorąco, że napisze do mnie ktoś, kto boryka czy borykał się podobnym problemem. Mi łatwo mówić, nie przejmuj się, to nie koniec świata, bo mam moje własne dzieci.
Jest mi przykro bardzo, bo wiem, jak bardzo chciał mieć dziecko razem ze mną.
Cały czas boję się, tego co „znajdą” lekarze u niego. W przyszłym tygodniu jedzie na badania do specjalisty. Do tego czasu chyba zwariuję. Nie chę go stracić. Mam nadzieję, że to nic groźnego. Nie mogę przestać o tym myśleć. To okropne. Niewiedza zżera mnie od środka. Dobrze, że farbuję włosy, bo byłabym już całkiem siwa… Ta sytuacja jest dla mnie bardzo stresowa, wiem jak reaguję na silny stres i nie wiem, czy mój organizm da radę znowu przez to przejść…

Wiem, że piszę dużo, Musze wyrzucić z siebie wszystko. mam tyle złości w sobie. Dlaczego znowu mnie to spotyka. Dlaczego? Czym sobie zasłużyłam? Co robię źle, że przyciagam tyle negatywnych rzeczy? Znowu ryczę. Wyglądam fatalnie. Na szczeście mam jeszcze kilka godzin by doprowadzić się do normalnego stanu.
Jest tyle rzeczy, spraw, o których chiałabym P. powiedzieć, o których chiałabym z nim porozmawiać. Nie ma kiedy. Dzisiaj pracuje długo, później chce być z mamą, która dzisaj będzie widzieć, kiedy znajdzie się w szpitalu, jeszcze później idzie biegać… Jutor wcale nie będzie lepiej. Nie wiem, czy przyjdzie. A jak przyjdzie to zaraz pójdzie spać. Piatek zapowiada się podobnie. Jak mam być dla niego, skoro nawet się nie widujemy. On nawet sms już do mnie nie wysyła, nie dzowni, bo nie ma czasu. Ja wiem, że nie chce. Nie chce bo jest zdołowany. Jak mam postępować? Gubię się w domysłach, tonę w strachu. Najgorsza jest nie wiedza i ten strach o jutro.

Mama to przecież mama. Najważniejsza osoba w życiu człowieka

Kolejna nieprzespana noc za mną. Czuję się zmęczona. Brak snu mnie wykańcza. Zastanawiam się czy nie pójść do lekarza po jakieś tabletki na sen. Nie wiem, jak długo jeszcze tak pociagnę. Nie wiem jak mam pomóc P. by jego myśli skierować na inne tory, by zmienić jego sposób myślenia. Nie chcę żeby się załamał zupełnie, bo jeśli tak się stanie pociągnie nas wszystkich ze sobą na dno, a tego bardzo nie chcę. Wiem, że cała ta sytuacja wymaga ode mne wielkiego poświęcenia, ale wiem, że dam radę, jeśli on weźmie się w garść i zacznie szukać w całej sytuacji pozytywów. Ale sam musi tego chcieć. Przecież zawsze po deszczu wychodzi słońce. Musi być dobrze, jeśli nie dzisiaj to w przyszłości na pewno.

Ostatnio nawet biegać nie chce już ze mną. Twierdzi, że musi odreagować. Sam. Rozmumiem to. Ale cały czas we mnie siedzi przekonanie, że to początek naszego końca, że będzie dalej oddalał sie ode mnie. Nie wiem co mam robić? Przeczekać? Ile? Jak długo. Czy dam radę wytrwać? Znowu płaczę. Szukam rozwiązań i nie potrafię ich znaleźć. Jeszcze. Może przyjdą same. Nie wiem. Wiem, że to będzie próba dla nas wszystkich. Nie tak sobie to wszystko wyobrażałam. Jednak na pewne rzeczy nie mam wpływu. Cały czas tłumaczę sobie, ze nic nie dziej się bez przyczyny. Pojawiają się tez pytania. Dlaczego? Dlaczego nie może być dobrze, dlaczego życie jest takie skomplikowane, dlaczego los tak bardzo drwi sobie ze mnie? Dlaczego?

Czuję ogromy ciężar na sobie. Do moich problemów doszły jeszcze jego. Trudno to wszystko dźwigać, jedanak wiem, że można. Pewnie nie raz będę się załamywać. Pewnie nie raz będe pisać i ryczeć w samotności. Bo przecież przed P., przed dziećmi, przed całym światem nie mogę okazywać słabości. Muszę być dzielna, choć dzisiaj jest mi cholernie trudno. Jest we mnie tyle złości, żalu, smutku…

W maju powinnam sama iść na okresowe badanie piersi. Wykonać usg. I niby dramatu nie ma, bo od wielu miesięcy nic się zmienia na gorsze, to strasznie się boję tam iść. Mam tykającą bombę w sobie, jak to ładnie pani doktor określiła. Może stać się tak, że do końca moich dni nie wybuchnie, może też być inaczej. O tym jednak nie myślę. Odsuwam to na dalszy plan. Tłumaczę sobie, że nie mam czasu na chorowanie. I myślę sobie, że z takim nastawieniem nic złego mi sie nie przydarzy. A na badanie pójdę. Jak co każde sześć miesięcy.

Najgorsze w tym wszystkim jest to, że już przyzwyczaiłam się do tego, że mogę liczyć na P. czasem przy opiece nad dziećmi, czasem jeśli chodzi o jakąś naprawę, czy przewiezienie czegoś cięższego. Teraz zostałam znowu z tym sama. Wiem, że potrafię też i sama dać sobie radę. Jakoś to było jak jego nie było z nami. Trzeba będzie się tylko bardziej nakombinować, zmęczyć.

Boję się go o cokolwiek pytać. Mieliśmy jechać razem na majówkę rowerową. Teraz chyba pojadę z dziećmi sama. Pewnie będzie chciał być przy mamie. Nie mam mu tego za złe. Mama to przecież mama. Najważniejsza osoba w życiu każdego człowieka. Nie zamierzam z nią konkurować. Miał mi w tym tygodniu przywieźć od moich rodziców rowery, bo później nie będzie czasu na to. Z tego co mówił, o planach na najbliższe dni wynika, że zapomniał o tym. No cóż. Będę musiała wysłać dzieciaki w piątek po szkole do dziadków autobusem, sama jechać rowerem i razem do domu wrócimy rowerami. Innej możliwości nie widzę. Dzieciaki bardzo się cieszą na majówkę rowerową. Nie chcę im psuć zabawy twierdząc, że nie pojedziemy. Obiecałam, dotrzymam słowa, choć ochoty na nią nie mam wcale. Może jednak przyda mi się takie oderwanie od problemów, od gęstej atmosfery. Może udzieli mi się radość dzieci i wstąpi we mnie większy duch optymizmu.

Muszę skończyć z papierosami. Chcę znowu oddawać krew, a nie mogę palić. Niedawno porobiłam wyniki i wygląda na to, że jestem zdrowa, zatem nic nie stoi na przeszkodzie by to zrobić. W prawdzie słabo mi się robi na samą myśl o igle, ale co tam. Trzeba walczyć ze swoimi słabościami.

Jeśli ja jestem oparciem dla niego, kto będzie moim?

Przez ostanie tygodnie nie potrafiłam pisać. W głowie kłębiło mi się tysiące różnych myśli. Próbuję je ogarnąć. Poukładać. Wierzyć, że będzie dobrze. Uśmiecham się. przekazuję innym swój optymizm, a w środku, w sobie zastanawiam się czy podołam, czy dam radę. To mnie wypala. Niszczy. Kocham i jestem dla drugiej osoby. ale wszystkie problemy zaczynają mnie przerażać, zjadać od środka.

Zaczęło się od tego, że dzień po świętach Wielkiej Nocy, dowiedzieliśmy się, że mama P. ma nowotwór żołądka. Wiadomość przyszła niespodziewanie. Kobieta, która do tej pory żyła własnym życiem, poza granicami naszego kraju, zjawiła się i obwieściła, że jest chora. P. załamał się to wiadomością. Badania, wizyty u specjalistów wskazały nieco inną diagnozę, chłoniak żołądka. Niby diagnoza trochę lepsza, rokowania lepsze…. jednak mimo wszystko. Dzisiaj odebrała wyniki biopsji z informacją, że to chłoniak trzeciego stopnia. Na dniach ma trafić do szpitala. Mimo diagnozy, jesteśmy dobrej myśli. A raczej byliśmy. P. załamał się dzisiaj całkowicie.

Do choroby mamy doszły inne problemy. Okazało się, że dom, który stawia deweloper ma poważne wady, w piątek biegły z zakresu budownictwa stwierdzi na ile poważne, i czy będzie możliwe ukończenie budowy. Sytuacja patowa. Bo na dom wzięty został kredyt, który spłacać trzeba będzie bez względu na to, czy się tam wprowadzi czy nie.
Były wspaniałe plany, byśmy zamieszkali w małym domku wszyscy razem. Teraz wszystko staje pod znakiem zapytania. Raz, że są problemy na budowie, dwa powrót mamy P. uzmysłowił mi, że ona będzie musiała zamieszkać razem z nim, a wtedy dla nas już tam miejsca zabraknie. Domek jest mały. Trzy pokoje na górze, a na dole nie ma możliwości zagospodarowania dodatkowego pomieszczenia na pokój.
Będzie musiała zamieszkać razem z nim, bo nic w Polsce nie ma. Ze względu na chorobę, musiała zrezygnować z pracy za granicą.
Nie wiem jak ten parobem rozwiążemy. P. i tak teraz mieszka głównie u nas. A mając swój własny dom, nie będzie chciał mieszkać z nami. Małe mieszkanko, które ma i tak zostanie sprzedane pod budowę.
Gdyby tego było mało, okazało się, że P. nie może mieć dzieci. W dodatku czekają go dodatkowe badania specjalistyczne, gdyż lekarz wykrył coś niepokojącego na jednym z jąder. najzabawniejsze jest to, że podjęliśmy decyzję, że za dwa lata postaramy się o własne dziecko. P . strasznie się załamał. Nie tyle nieprawidłowościami, co faktem, że nie będzie mógł mieć dzieci… Ja wspieram go jak mogę, a ukradkiem płaczę. Nie wiem jak mam mu pomóc. Nie wiem, czy damy radę udźwignąć to wszystko. Nie wiem czy ja dam radę. Nie mogę jeść, spać, palę jak smok… Na zewnątrz jestem twarda, w środku… szkoda gadać. Nie jestem w stanie opisać tego co czuję, co się we mnie dzieje. Dzieciaki widzą, że coś jej nie tak. Jutro zamierzam im powiedzieć, o chorobie mamy P. i o tym, że ma problemy na budowie. Do końca nie jestem przekonana o tym, czy powinnam im to mówić, ale chyba należą im się jakieś wyjaśnienia, by nie żyły w strachu, że facet, który pojawił się w ich życiu, który jest dla nich ważny rozstanie się z jego matką.
Boli mnie serce jak patrzę na niego. Zbyt wiele złych informacji spadło na niego. Na nas. Wspieram go. Chce mi się płakać, bo nie wiem jak sama mam się w sobie pozbierać. Mam jeszcze dzieci, przy których muszę być silna i uśmiechnięta.
Piszę to wszystko kiedy wszyscy śpią. Łzy lecą mi z oczu. Czuję się fatalnie. Nie tak miało być. I znów zostaje mi blog, by nie zwariować, wy wyrzucić wszystko z siebie.
Siedzę i zastanawiam się, czy to już wszystkie złe wiadomości. Co czeka nas jutro. Czy damy radę, czy przetrwamy to wszystko? Jeśli ja jestem oparciem dla niego, kto będzie moim oparciem?

Może dlatego, że sama kiedyś byłam na skraju przepaści

Na swojej drodze spotykam różnych ludzi. Niektórych tylko mijam, z niektórymi zamieniam parę słów. Innych poznaję na dłużej. Staram się do nich nie przywiązywać, z doświadczenia wiem, że odchodzą. Prędzej czy później. Jedni na zawsze, inni na czas jakiś, by móc kiedyś poznać ich na nowo. Każdy człowiek niesie ze sobą za jakąś historię. Doświadczenie, żal, smutek, radość. Do jednych ciągniemy, innych staramy się unikać.

Do czego zmierzam. Na tym etapie życia, na którym jestem, mimo iż jestem bardzo szczęśliwa, czuję się też ogromnie zmęczona całą moją przeszłością, całym złem, krzywdą, której doświadczyłam. Staram się nie patrzeć w przeszłość, chcę żyć chwilą, bo wiem, że jest ulotna. Jednak jestem szczęśliwa. Bardzo. Czasem mam problem z pisaniem na moim blogu, bo boję się, że moje szczęście zapeszę, że stanie się coś złego i wielu z Was będzie miało powód, by powiedzieć: „ wiedziałam/em, że tak będzie”. W zasadzie mam gdzieś, co inne osoby o mnie myślą, liczy się dla mnie to, jak ja się czuję i czy jest mi z tym źle czy dobrze. Ale nie o tym chce pisać teraz. Jestem zmęczona bagażem moich doświadczeń. Nie mówię o tym głośno, bo czy ktoś mnie zrozumie? Staram się unikać ludzi wiecznie niezadowolonych z życia, wiecznych pesymistów, którzy nie chcą uwierzyć, że będzie dobrze. Wiem. Sama kiedyś taka byłam. Jednak zrozumiałam, że moje podejście do życia było złe. Trwało to długo. Cieszę się jednak, że to do mnie dotarło. Chciałabym podzielić się pewną refleksją. Jest banalna ale prawdziwa.

Większość ludzi nie rozumie, że szczęście zależy tylko i wyłącznie od nas samych, że szczęście to tylko my i my za nie odpowiadamy. Wiele osób uzależnia bycie szczęśliwym od posiadania drugiej połowy. Myślą, że jak zdobędą kogoś dla siebie, kogo pokochają to staną się szczęśliwi. Ta myśl przesłania często im prawdziwy obraz sytuacji. Dążenie za wszelką cenę do miłości prowadzi do tragedii, bo przesłania nam często prawdę o ludziach, z którymi mamy do czynienia. Oczywiście nikt się nie przyzna do tego….Sama przez to przechodziłam i wiem, jak często sama siebie oszukiwałam. Długo to trwało nim zrozumiałam, że sama ze sobą mogę być szczęśliwa, że ode mnie samej zależy mój los.

Nie należy stać w miejscu, trzeba szukać nowych ścieżek życia….Zmienić drogę do sklepu, zamiast fitnessu wybrać bieganie, wyjść do kina, pójść do kawiarni….Jeśli nie podoba nam się nasze życie, trzeba małymi kroczkami zacząć je zmieniać. Jest mnóstwo możliwości, trzeba tylko chcieć. Szczęście nie przyjdzie do nas same. My musimy się o to postarać. Trzeba myśleć pozytywnie by wszystko wokół nas oddziaływało na nas pozytywnie. Trzeba chcieć. Nie dzieje się to z chwili na chwilę, czasem trzeba czasu, ale trzeba wierzyć. Ja uwierzyłam. Otworzyłam się na świat, na otoczenie i w chwili, kiedy zrozumiałam, że dobrze mi jest samej i że naprawdę jestem szczęśliwa poznałam wspaniałą osobę…..

Nie zliczę, ileż to już razy wałkowałam ten temat z różnymi osobami. Czasem mam wrażenie, że niektórzy nie chcą zmian. Wolą marudzić, użalać się nad sobą, że wolą być pocieszani….Mi brakuje już na to sił. Nie chcę żyć problemami innych. Wiem, że sama sporo ich miałam i jeszcze kilka mam…

Mimo, że nie chcę żyć problemami innych, czasem jestem wciągana w ich życie i chcąc nie chcąc dla nich jestem, staram się pomóc….czasem się jednak nie da…..

Jakiś czas temu poznałam pewnego człowieka, liczyłam na zawodową współpracę. I wszystko na to wskazywało, że tak będzie. Omawiając pewne projekty zdobyliśmy pewne informacje o naszych bliskich….bardzo zależało mi, by nasza relacja była bardziej zawodowa niż koleżeńska. Tak było, do czasu, kiedy otrzymałam od niego telefon w środku nocy, że jego partnerka życiowa od niego odeszła zabierając wszystko, czego się wspólnie dorobili. Opowiadał jak bardzo jest mu źle, jak bardzo jego życie nie ma sensu, jak bardzo nie chce żyć. Spędziłam z nim wiele godzin na rozmowach, by uświadomić mu, że mimo jego bólu, straty, wszystko może być dobrze. Proponowałam pomoc, wskazywałam różne rozwiązania, opowiedziałam moją historię… Wszystko na nic. Po wielu godzinach rozmów byłam wyczerpana psychicznie i fizycznie. Czułam wewnętrzną porażkę, rozgoryczenie, że nic do niego nie trafia, że nasz rozmowa ciągle zmierza ku jego samobójstwu. Byłam zła i wściekła, że obarcza mnie tym wszystkim, że nie pomyślał ani przez chwilę jak ja się będę czuć, kiedy dowiem się, że jednak odebrał sobie życie… Byłam wkurzona, że na mnie zrzucił odpowiedzialność za swoje życie. To nie jest ok.

Nie dałam rady. Zadzwoniłam na policję, przekazałam wszystko funkcjonariuszom i zostawiłam jego los w ich rękach. Czułam się źle, nie szukałam usprawiedliwienia, czułam, że zawiodłam…..

Po dwóch dniach zadzwonił do mnie. Podziękował. Powiedział, że ten kopniak był mu potrzebny, że otworzyły mu się oczy, że chce żyć i że żyć będzie dalej, że się pozbiera… Czy poczułam się lepiej? Czy odczułam ulgę? Nie. Ciągle czuję niesmak tamtej sytuacji. Nie lubię ludzi, którzy zbyt pochopnie podejmują decyzję o odebraniu sobie życia. Samobójcy napawają mnie wstrętem. Nie mam dla nich litości ani współczucia. Może dlatego, że kiedyś sama była na skraju przepaści….

Potrzebuję moją drugą połowę mieć na miejscu

Obudziłam się dzisiaj ze strasznym bólem głowy. Mam wrażenie, że włożył mi ktoś do niej kilka cegłówek. Jest niewyobrażalnie ciężka. Gardło, na szczęście boli mniej, ale mam wrażenie, jakby za chwilę pojawić się miał katar. Kuruję się w domu. Wygrzewam się, łykam na noc aspirynę, piję herbatę z sokiem malinowym. Niestety nie mogę wspomóc się ogólnodostępnymi lekami, gdyż mają w swoim składzie jakieś coś, co mnie dość mocno uczula. Nie lubię być w takim stanie. Nie lubię chorować a ostatnio mam wrażenie, że takie przeziębiania zdarzają mi się ostatnio często. Zresztą, teraz to pewnie zarażamy się wszyscy wzajemnie. Średnia kaszle zdecydowanie mniej, starszemu tez lepiej, choć kaszel nadal się utrzymuje. Najmłodsza zaczyna kichać. Oby nie zaczęła chorować na nowo. Wietrzę mieszkanie regularnie, poprałam nasze pościele, narzuty, pluszaki. Musi być lepiej.

Zaczęłam się ostatnio zastanawiać nad wprowadzeniem u siebie diety sokowej. Takiej warzywno-owocowej. Oczyszczającej. Może moje ciągłe zmęczenie, osłabienie, okropny kolor skóry to nic innego jak objaw przemęczenia i zanieczyszczenia organizmu? Czytam wszystko na ten temat co jest dostępne w necie. Zrobić taki reset organizmu. Oczyścić się, przegłodzić, wprowadzić soki a potem stopniowo pozostałe produkty. Zacząć jeść świadomie i rozsądnie, zdrowo. Z drugiej strony, taka dieta osłabia organizm i zastanawiam się, jak to zrobić. Zrobić to i normalnie funkcjonować przy tym. Pozostaje jeszcze jedna kwestia. Jak wytrwać w tym postanowieniu? Jak oszukać głód, jak gotować przygotowywać posiłki, skoro samej jeść się nie da? Myślałam nad zwolnieniem lekarskim, ale który lekarz pozwoli mi na takie domowe oczyszczanie organizmu? W internecie na ten temat można znaleźć mnóstwo informacji, ale mało w nich opinii ludzi, którzy pisali o tym, czy pracowali albo jak ciężko pracowali. Oczywiście mogę spróbować i starać się funkcjonować jak do tej pory. Przy odrobinie szczęścia powinnam dać radę.

Bardzo tęsknię za P. SMS, krótkie rozmowy telefoniczne, to dla mnie zdecydowanie zbyt mało. Pocieszam się, że we wtorek już się zobaczymy. Na chwilę, ale zawsze. Mam nocną zmianę. Niestety. Trzeba przetrwać. Zastanawiam się jak radzą sobie pary w związkach na odległość. Ja się do takich związków nie nadaję. Pewnie zdecydowałabym się wyjechać za partnerem albo zakończyłabym związek. Nie potrafię. Odległości mnie wykańczają. Potrzebuję moją drugą połowę mieć na miejscu, przy mnie. Móc iść spać wiedząc, że jak się obudzę będzie przy mnie.  

Nie mogę już na to wszystko patrzeć

Trochę zaczynamy wszyscy odżywać. Średnia kaszle zdecydowanie mniej. Zadziałały na nią sterydy, których bardzo nie lubię podawać dzieciom. Jednak tylko one okazały się skuteczne. Przerabiałam wszystko, co przyszło mi do głowy. Obawiam się nasilenia kaszlu po odstawieniu leków. Tym będę się martwić później. Coś mi się wydaje, że bez skierowania do alergologa się nie obejdzie. Pytanie, czy pediatra podzieli moje stanowisko i czy da nam takowe skierowanie. Nie mam ochoty iść prywatnie, bo szkoda na to pieniędzy, które można wydać na coś innego. Szkoda mi jej. Najpierw męczyła się kaszlem, który nie pozwalał jej spać, teraz przypętało się jej zapalenie pęcherza i też cierpi. Na szczęście mamy odpowiednie leki, które przynoszą ulgę. Pije do tego dużo płynów, też tych z żurawiny. Uporamy się szybko z tym. Młody czuje się też już lepiej, tylko niestety zaczyna kaszleć. Normalnie ręce opadają. Na razie kuruję go sama. Dostaje syropki na kaszel, bierze jeszcze antybiotyk zapisany w piątek na zapalenia gardła. Ale i tak planuję w czwartek pokazać się jeszcze u pediatry. Najgorsze jest to, że sama wczoraj obudziłam się z silnym bólem gardła, w ciągu dnia nie było tak źle, ale w nocy ból jest mało znośny i nie pozwala spać mimo pastylek. Nie mam ochoty na antybiotyk, jednak jeśli nie przejdzie domowym sposobem, sama pewnie będę musiała udać się do lekarza. Mam już dość tych wszystkich chorób u siebie w domu, mam nadzieję, że to już wszystko zmierza ku końcowi i znowu będziemy mogli wszyscy cieszyć się zdrowiem. Zwłaszcza, że zmienia się pogoda. Robi się coraz cieplej i coraz bardziej słonecznie. Wiosna tuż tuż. Nie mogę się doczekać, kiedy schowam te wszystkie zimowe, ciepłe buty, szale, rękawiczki. Nie mogę już na to wszystko patrzeć.

Idzie wiosna, zmieniać się będzie garderoba… znowu trzeba zrzucić kilka zbędnych kilogramów. Znowu czeka mnie ciężka praca. Powoli wracam do aktywności fizycznej. Nie chcę przeforsować nogi, by nie odnowiła się kontuzja. Jestem dobrej myśli. Musi być dobrze.

Tęsknię za P. Odliczam dni do jego powrotu. Brakuje mi go. Dzieciaki też zaczynają za nim tęsknić. Przyzwyczaiły się do niego już. Dobrze nam wszystkim razem. Na szczęście w przyszłym tygodniu będzie już z nami.